20.10.2014

Przyciski do papieru

Co robić, kiedy na zewnątrz wieje, pada i nudno? Jeśli ktoś z Was posiada dzieci, to pytanie nabiera jesienią szczególnego znaczenia. Jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą, co zauważył już dawno temu Kabaret Starszych Panów. 


Ale nie tylko dzieci, dorosłym też dokucza brak aktywności. Ciężko biegać po domu (chociaż moja przyjaciółka potrafiła przebiec dziesięć kilometrów wokół stołu właśnie z powodu takiego, że musiała pilnować śpiących dzieci, a jakoś nie miała ochoty wpatrywać się w telewizor i zajadać nudy), proponuję Wam więc łatwą i przyjemną pracę plastyczną. Dzisiaj wykonamy przyciski do papieru, bardzo przydatne, gdy wieje tak jak dzisiaj. U mnie nawet mimo zamkniętych okien czuć potężny chuch nad parapetem. Diabeł na wietrze przybył i się dobija, strąca moje notatki i tarmosi wystraszone rośliny doniczkowe. 


Potrzebne materiały


Masa plastyczna


Kupicie ją za około 7 zł w Leroy Merlin lub w sklepie z materiałami plastycznymi. Jest to masa przypominająca właściwościami glinę. Żeby z niej lepić, należy zwilżyć ręce wodą, wtedy łatwo się poddaje. Schnie w ciągu doby, góra dwóch. Poniżej porównuję dla Was ten materiał i tradycyjną glinę. Wybrałam dzisiaj ten materiał, ponieważ wydaje mi się, że będzie dla Was przyjemniejszy. Jeśli bawicie się w przyciski do papieru z dziećmi, to też lepsza opcja. Owszem, można by to wykonać z gliny, ale wtedy konieczny byłby klej, mocny klej, który zawiera toksyczne związki. Ja wdycham tego tyle, że nic mnie nie rusza, ale nie chcę narażać Was. A więc masa plastyczna. 




Guziki 


Wybrałam się kiedyś do pasmanterii, ponieważ potrzebowałam kilku guzików, aby uszyć misia, o którym pisałam parę tygodni temu. Poprosiłam o zbędne guziki, a ekspedientka wręczyła mi… Cały worek guzików. Uznała, że lepiej będzie jak je zabiorę, bo i tak poszłyby do kosza na śmieci. Wykorzystywane były na ekspozycjach, odpruwane i wymieniane na nowe, niektóre są wadliwe, ale mi to nie przeszkadza. W domu być może macie własny zbiór guzików, który przerzucacie z miejsca na miejsce, dziś zrobimy z niego coś nowego. Jeśli nie macie – odwiedźcie pasmanterię.

Wykonanie


Odkrawamy kawałek masy plastycznej. Wielkość? Taka, jak duży ma być przycisk do papieru. Nie może być zbyt mały, ponieważ nie dacie rady doczepić guzików. Resztę masy zamykamy w woreczku – nie wyschnie.

Z kawałka formujemy mniej więcej kulę. Nie jest to trudne, poradzicie sobie, bez obaw. Nie musi być bardzo foremna. I nie musi to być kula, wybierzcie kształt jeśli macie ochotę, byleby nie była to cienka warstwa. 

Wybieramy guziki, które możemy wcisnąć w naszą kulę. Najlepsze są te z odstającą pętelką. Ewentualnie można przewlec przez dziurki kawałek drutu i osadzić guzik w masie. I tu ujawnia się przewaga masy na gliną – z gliny takiego przycisku nie da się zrobić, ponieważ podczas wypalania guziki zniszczyłyby się. Można by je przykleić po wypaleniu, ale jak pisałam kleje nie są obojętne dla zdrowia. 

Osadzamy nasze guziki tak długo, aż będziemy zadowoleni.

Gotowy przycisk zostawiamy na dzień czy dwa do wyschnięcia.

I gotowe! Macie własny, piękny, guzikowy przycisk do papieru. Przy okazji dzieci się nie nudziły, byliście na spacerze i odwiedziliście pasmanterię. Dobra robota!



19.10.2014

Różowy nie jest głupi

Wiecie, że lubię różowy. Nie jest to uwielbienie tylko i wyłącznie dziecinne, za tym stoi symbol, który w październiku pojawia się częściej. Tym symbolem jest różowa wstążka, znak walki z rakiem piersi. 


Październik to miesiąc świadomości raka piersi, przez co róż staje się wyjątkowo gorącym trendem. Swoje poparcie dla profilaktyki raka piersi wyrazić można za jego pomocą dosadniej lub dyskretniej. Wiele firm wypuszcza w tym okresie na rynek produkty, których sprzedaż ma wspierać walkę z rakiem. Poniżej lista takich właśnie rzeczy. Wybierzcie coś dla siebie, jeśli macie ochotę.

Buty ASICS GT 1000 PR 3

To element kolekcji Asics "Accelerate Hope" ("Przyspieszmy nadzieję"). Procent ze sprzedaży przekazywany jest organizacji wspierającej uświadamianie kobiet o ryzykach i profilaktyce raka piersi. Buty mają piękny, delikatnie różowy kolor, a na wkładce nadruk naszej wstążki.

Odzież Adidas Pink Ribbon

Jest to seria, której sprzedaż również zasila organizacje związane z działalnością przeciw rakowi piersi. Można kupić spodenki, bluzy, getry, koszulki. Ja mam bluzę z kapturem. Jest bardzo ładna.

Biustonosz Championship System Performance Bra 

W październiku każde 10 dolarów ze sprzedaży tego biustonosza wędruje na konto fundacji Edith Sanford. Niestety nie znalazłam tego produktu w Polsce.

Okulary Oakley Commit SQ Breast Cancer Awareness Edition

Okulary przeciwsłoneczne o wymiennych szkłach, z systemem delikatnego dopasowania do twarzy. Nie cisną, nie przeszkadzają. 20 dolarów ze sprzedaży każdej sztuki zasila Young Survival Coalition.

Skarpety Balega Grace and Grit Enduro

Specjalne skarpetki do biegania daleko z napisem "Never give up". Sprzedaż również zasila fundacje walczące z rakiem piersi.

Opaska Sweaty Bands Breast Cancer Awareness

Podtrzymuje włosy, a przy tym ładnie wygląda i przekłada się na dobry cel. Oprócz tej opaski firma ma w swojej ofercie inne produkty, z których sprzedaży 15% trafia do fundacji.

Buty New Balance Pink Ribbon 890v4

Bardzo dobre buty dla osób o neutralnym sposobie stawiania stopy. Część dochodu trafia w odpowiednie ręce.

Opaski na nadgarstki Nike Cancer Awareness Wristbands

Różowe, miłe w dotyku.


Wałek Pro-Tec Pink Foam Roller

Wałek do ćwiczeń o barwie wściekłego różu. Nie wiem o nim nic więcej, bo nie używam.

Naklejka Skin Dudes Collage Breast Cancer Awareness Skins

Pasuje do słuchawek Beats by Dre. Z nadrukiem naszej wstążki, bardzo fajna.





18.10.2014

Uniwersalny język kobiet

Tydzień mnie zmęczył. Bardzo dużo spraw związanych z premierą nowej książki, jeszcze więcej tych bardziej poważnych w "prawdziwej pracy", sesja zdjęciowa, jesienne porządki… Dzisiaj rano uznałam, że trzeba zadbać o siebie, zwłaszcza, że przeciążony z powodu siedzenia kręgosłup ledwo zipie. 




Metody poradzenia sobie z bólem są dwie: 
1. Droga oficjalna i naukowa, czyli wizyta u neurologa.
2. Droga nieoficjalna i nienaukowa, czyli inne środki, w tym joga, ajurweda i takie tam. 

Nie chcę tu przekonywać nikogo do niczego, ale podzielić się moim dzisiejszym doświadczeniem. Do tej pory stykałam się z ajurwedą w wykonaniu polskich terapeutów, owszem miłych, doświadczonych, ale czegoś w ich pracy brakowało. Dziś zetknęłam się natomiast z Ari, pochodzącą z Tajlandii specjalistką do spraw tajskiego masażu. 

Ari ma lat pięćdziesiąt sześć i mierzy półtora metra. Wyglądam przy niej jak kolos. Mogłabym ją spokojnie pocałować w czubek głowy, tam gdzie ma rzadsze włosy. Ari nie mówi po polsku, używa dosłownie kilku słów. Wśród nich są:
- na plecy
- na brzuch
- mocno (wymawiane jako mojićno, bardzo ciężko to zrozumieć)
- boli (w formie pytania, uprzedzenia doznań oraz stwierdzenia faktu)
- głowa, ramię, noga

"Okej" - pomyślałam. "Ari może być". Ari leczy w konwencji ajurwedyjskiej, mówiącej, że człowiek musi żyć w równowadze pomiędzy tym co materialne i duchowe. To tak w skrócie. Jest to bardzo stara nauka i nie jest to religia - to po prostu jedna z metod leczenia, jeden z systemów uzdrawiania. Ajurweda, wiem, Tajlandia - w porządku, idę więc za Ari do kącika, w którym Tajka myje mi stopy, a potem do jej pokoju zabiegowego. 

Tam gestem Ari każe mi się przebrać. Zaskoczenie jest pełne, ponieważ czekają na mnie luźne spodnie, sznurowane w pasie, bluza i pasek. Wyszywany muszelkami i dzwoneczkami. Może być, ubieram się gdy Ari wyjdzie. Potem myszkuję po gabinecie. Widzę posążek Buddy, przed nim leżą owoce i stoi napój. W głębi są jeszcze dwa ołtarzyki, jeden z sadhu, drugi - nie wiem z czym. Każdy ma swoje owoce. Wnętrze jest bardzo czyste, białe, ale nie odpycha. Czuję się tu dobrze, jak u siebie, więc obchodzę je zupełnie rozluźniona. Wtedy Ari wraca i wydaje pierwsze polecenie, czyli na plecy. 

Kładę się, ale nie na leżance z ohydnego skaju, jakie królują gdzie indziej, ale na łóżku, takim dwuosobowym. Na plecach, na poduszce. Ari zaczyna od moich stóp. Dotyka, coś naciska, po czym pyta:
- Boli? Głowa, ramie? 
Siadam zaskoczona, a ona się śmieje. Faktycznie, po pracy bardzo boli mnie szyja, ciężko mi pisać na klawiaturze, palce się jakby spóźniają. Pokazuję jej gdzie boli. Mówię, że mocno. Ari kiwa głową i przechodzi do rzeczy.

Rzecz polega na tym, że masuje mnie na zmianę z rozciąganiem, przypominającym jogę, ale pasywną. Nie ja muszę się wysilać, ale ona. Nie widać po niej wysiłku, wręcz przeciwnie, chyba się dobrze bawi. Zagaduje mnie, kompletnie nie rozumiem co mówi. Ale odpowiadam po polsku. Ari śmieje się i powtarza "boli", kiedy dotknie tam, gdzie boli. Skąd ona to wszystko wie?

Używa nie tylko dłoni, ale też stóp, łokci i dźwigni, które pozwalają jej bez wysiłku zmuszać moje ciało do rozciągania się. Od czasu do czasu wciera we mnie jakąś maść. Kiedy zobaczy moje tatuaże, pokazuje mi swój. I stwierdza, że feniks na moich plecach to… Gołąb. Śmieję się tak, że nie może mnie masować, czyli raczej spacerować po mnie, wykręcać mnie tak, że nie sądziłam, że to potrafię i tak dalej. Ale robi to delikatnie, czuję, że wyrosła patrząc na kogoś, kto masował tak jak ona. Matka? Babcia? Nie wiem, a Ari nie rozumie o co pytam. Ale to nieistotne. 

Rozmawiamy dość długo w uniwersalnym języku kobiet, czyli komunikacji za pomocą śmiania się i gestów. Dziwne, poznałam tyle kobiet, z tylu krajów, a ten język rozumie każda. Jest jakiś wspólny mianownik, znany kobietom niezależnie od kraju pochodzenia. Pewnie to kwestia podobnych doświadczeń, emocji, nie wiem czego. Ale Ari wiedziała, że gumkę z włosów trzeba ściągać ostrożnie. "Boli" - powiedziała i delikatnie wyplątała moje włosy. To jest właśnie to coś. 

Czuję się teraz fantastycznie i zamierzam wrócić na kolejną pogawędkę w języku uniwersalnym. Może Ari znowu coś mi opowie?

17.10.2014

7 sposobów na stare reklamówki

Kto nie ma stosu reklamówek, które kłębią się w jakiejś szufladzie czy wystają z szafy? Ja mam ich sporo, dlatego szukałam sposobu, w jaki można by je kreatywnie wykorzystać. Owszem, można wyrzucić i dorzucić się do sterty plastiku, który zapełni wysypiska. Mam inne pomysły. Poniżej podaję ich aż siedem!

16.10.2014

Idzie zima - igloo z książek

Miler Lagos, artysta zajmujący się sztuką dość alternatywną, czyli taką, jaką Tygrysy lubią najbardziej, pokazał ostatnio samodzielnie zbudowane igloo. Z książek właśnie. Książki zebrał w nieczynnej bazie marynarki wojskowej i zamienił w kopułę. Po co? Żeby badać powiązania pomiędzy naturą (igloo w końcu jest budowlą z naturalnego tworzywa jakim jest śnieg), kulturą (to książki) i tworzywem oraz dostępem do niego. Jest to ciekawe moim zdaniem, ponieważ jako ludzie bytujemy na przecięciu się tych trzech sił.


Igloo jest zbudowane tak, że na zewnątrz widać białe kartki – książki są zwrócone grzbietami do wewnątrz. Czyli w środku jest kolorowo, tak jak lubię. Mury tworzą niewielką przestrzeń, która chroni mieszkańca i jednocześnie symbolizuje wiedzę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

Ściana książek to wiedza, na której wyrastamy, wiedza często wydarta naturze z gardła, z poświęceniem, a czasem po prostu walająca się pod naszymi nogami. I ta wiedza otacza nas w igloo ze wszystkich stron, jest na wyciągnięcie ręki – tak jest dziś, wiedza jest zaraz obok, dostępna tak łatwo jak nigdy dotąd. Chroni nas, jak grube tomy położone jedne na drugich. Jedynym co nas może ochronić jest właśnie wiedza, tak sądzę. Dlatego irytuje mnie pogarda dla niej, z jaką się stykam, ona jest wciąż obecna w naszej polskiej kulturze, gdzie nie wypada być wykształciuchem czy kujonem.

Wiedza także bawi, jak kolorowe okładki, tworzące ściany igloo. Nie musi być nudna, nie musi być niestrawna. Podzielam ten pogląd, wiedza jest smakowita i apetyt na nią powinien rosnąć w miarę jedzenia, z tym, że na to wpływ ma jeszcze wiele innych czynników, jak przykładowo system edukacji, ustrój i tak dalej. Ale chyba nie jest u nas aż tak źle, w każdym razie ze statystycznego punktu widzenia.
Tak czy owak bardzo podoba mi się symbolika tej budowli. To mądra instalacja. Chcecie ją obejrzeć? Jest tu: 

15.10.2014

Porzućcie kryminały, wy którzy wchodzicie

Porzućcie na moment kryminały. Zapraszam do zapoznania się z czymś, co dziś nie jest zbyt popularne – literaturą naukową oraz science-fiction. Na mojej liście znajdziecie i solidne pozycje naukowe, które od kryminałów pożyczyły sobie konwencję i pozycje bardziej „fiction”, ale nie do końca. Znam wiele z nich i właśnie dzięki nim wpadłam na pomysł „Jednego Boga”, który nie jest oczywiście pozycją stricte naukową, ale porusza wiele faktycznych wątków i opisuje prawdziwe odkrycia, którym mój uwielbiający fikcję i nadawanie nowego znaczenia faktom pisarski umysł zmienił w historię przyszłości. Zachęcam gorąco do lektury czegoś z mojej listy, niestety nie dla każdej książki znalazłam tłumaczenie. Nie znudzicie się, gwarantuję. Jeśli chcecie więcej, piszcie do mnie. Chętnie podam kolejne tytuły.


Charles Darwin, „O pochodzeniu gatunków”

Wydana w 1859 roku książka, opowiadająca alternatywną historię powstania gatunku ludzkiego. Zamiast mówić, że człowiek pojawił się na ziemi w pełni ukształtowany, Darwin oznajmił, że wyewoluowaliśmy od małp. Książka ta bezpowrotnie zmieniła świat. A co z niej wziął „Jeden Bóg”? Powiedzmy, że przewiduje, że może zajść zjawisko odwrotne. Więcej nie powiem.

Rachel Carson, „Milcząca wiosna” 

Oryginalnie były to artykuły, publikowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, opisujące chronologicznie wpływ stosowania pestycydów na środowisko. Autorka koncentrowała się na problemie wymierania z powodu skażenia śpiewających ptaków. Przewidywała, że pewnego dnia obudzimy się w ciszy, o ile nie ograniczymy stosowania toksycznych środków w rolnictwie. „Jeden Bóg” nie rozgrywa się w ciszy. Rozgrywa się w szumie gigantycznego, betonowego miasta. Tam nie ma ptaków.

John McPhee, „Encounters with the archdruid” 

Książka z 1971 roku. Opisuje zmagania obrońcy naturalnego krajobrazu Davida Browera, który nie zgadza się na zmienianie ogromnych obszarów w ludzkie betonowe siedliska, rodem z „Jednego Boga”. Mnóstwo naukowych szczegółów i opisów natury, z mityczną postacią druida, obrońcy drzew w tle. Można przeczytać zamiast „Władcy pierścieni”.

Alvin Toffler, „Future shock” 

Opublikowana o świcie epoki informacji. Przewidziała wiele dzisiejszych wynalazków, naszych gadżetów, już wiele lat temu. Postawiła postulat, że ludzie już wtedy żyli w świecie „science fiction”, otoczeni wynalazkami tak nowymi, że aż trudnymi do pojęcia. Przewidziała problemy psychologiczne, wiążące się z niemożnością nadążenia za szybkim postępem naukowym. Ale ten postęp koniec końców porwał nas i uniósł, bezwolnych i posłusznych. Coś o tym pisałam, i w powieści, i w kilku opowiadaniach.

Edward Wilson, „Sociobiology”

Wilson wkurzył środowisko naukowe, publikując książkę o tym, jak wiele na temat ludzi możemy nauczyć się od mrówek. W 1975 roku powiedział, że wiele zachowań, uznawanych za zachowania z wyboru, jest zakodowanymi w nas na twardo odruchami lub efektem selekcji naturalnej. Czytelnicy byli zaszokowani. My, zwierzęta, postępujące instynktownie? Jak owady? Wilson zbudował w książce bardzo przekonujący świat, dlatego wielu pisarzy science-fiction korzystało z jego książki. Na przykład ja. Moi ludzie w „Jednym Bogu” mieszkają w ulach.

Alan Weisman, „The world without us” 

Znana powszechnie wizja pustego Nowego Jorku – było o tym wiele, i na piśmie, i filmowo. Co by się stało, gdybyśmy zniknęli? Pisarz zabiera nas głęboko pod skórę miasta, do jego ekosystemów, pokazuje, jak bardzo zmieniliśmy świat. W „Jednym Bogu” nie dokonuję zagłady cywilizacji, ale gdzieś tam ona majaczy.

Phil Plate, „Death from the skies” 

Autor jest astronomem, prowadzi bloga „Bad astronomy”. Jego książka to zestaw krótkich opowiadań o tym, jak Ziemia ulega zagładzie w skutek inwazji sił z kosmosu, takich jak promieniowanie gamma czy uderzenia meteorytów. Każdy rozdział rozpoczyna się smakowitą sceną destrukcji, po czym autor objaśnia naukowe podstawy za nią stojące. Bardzo rozwijająca lektura. Jeśli nie książka, zachęcam do wizyty na blogu.

Jared Diamond, „Upadek”

Ten pan jest zoologiem. W swojej książce opowiada o dawnych cywilizacjach i przyczynach ich upadku oraz wskazuje przyczyny, wspólne im wszystkim, dla których upadły. Czy my też upadniemy? Jak i dlaczego? Możecie o tym poczytać u niego lub u mnie.

Laurie Garrett, „The coming plague” 

Książka z lat dziewięćdziesiątych. Pojawiła się zaraz przed serią filmów o wybuchu chorób, powodujących, że ludzie zamieniają się w potwory. Dość aktualna w kontekście dzisiejszych obaw związanych z Ebolą. Autorka opowiada o chorobach, które wynikają z zasiedlania przez nas środowisk, w których nas być nie powinno i zostawia czytelnika z myślą, że jest skończony. To coś jak w „Jednym Bogu”.

Rebeca Skloot, „The immortal life of Henrietta Lacks” 

Historia pewnej kobiety, znanej jako HeLa. Jej komórki stały się przedmiotem wielu eksperymentów naukowych; ona sama nic o tym nie wiedziała. Jeszcze sześćdziesiąt lat po śmierci były replikowane i poddawane badaniom. Autorka zabiera nas w podróż przez życie bohaterki do laboratoriów, gdzie jej komórki poddawane są promieniowaniu i zakażane rakiem. Sama zainteresowania i jej rodzina nie mieli o tym pojęcia. Książka przekazuje nam nieprzyjemną wizję, że jesteśmy wszyscy elementem jakiegoś naukowego eksperymentu, manipulacji. Manipulacja? O tym jest „Jeden Bóg”.

George Church, „Regenesis” 

Genetyk, piszący o świecie przyszłości, w którym będziemy poprawiać samych siebie, korzystając z biologicznych materiałów syntetycznych. Powstaną też nowe tworzywa, a co za tym idzie nowe rozwiązania techniczne. Książka mocno osadzona w realiach naukowych, ale fascynująca. Być może powinnam nazwać jeden z głównych bytów „Jednego Boga” właśnie „Regenesis” zamiast „Genesis”. 

14.10.2014

Bardzo ważne wodorosty

Słowo „wodorosty” kojarzy mi się z pewną choreografią jazzową, którą tańczyłam wiele lat temu. Jednym z jej elementów było pochylanie się i wyginanie rąk tak, jakby falowały. Instruktorka krzyczała do nas wtedy „wodorosty”, bo ciągle zapominałyśmy, co jest kolejnym elementem układu. Potem były oczywiście wygłupy na imprezach tanecznych, kiedy robiłyśmy „wodorosty” po kilku drinkach z palemką, a następnie taneczne animacje wszelkich dostępnych elementów architektonicznych, takich jak schody, poręcze, ławki, które świetnie się nadają do tego, żeby z nich zeskakiwać. Nieistotne było, że wodorosty nie skaczą.


Wodorosty są w ogóle złe. Ich kwitnienie powoduje tak silne zanieczyszczenie wody, że ryby i inne zwierzęta mają kłopot, aby w niej przetrwać. Ludzie, tacy jak ja, którzy nie znoszą jak coś się do nich klei, nie lubią się wtedy kąpać. Woda jest brunatna, wygląda jak błoto, a fale rysują na brzegu ciemnobrązowe pasy, a zdechłe glony gniją na piasku ku radości much. Mało tego: niektóre z alg podczas kwitnienia wydzielają cjanotoksyny, szkodliwe w wysokim stężeniu dla ludzi i zwierząt. Na szczęście naukowcy, za co ich podziwiam, odkryli nowe możliwości zastosowania takich wodorostów, które równoważą ich niszczycielski wpływ.

Wodorosty można zbierać i przetwarzać na energię. Szwedzkie miasto Trelleborg, położone nad Bałtykiem – domem wielu wodorostów jak pewnie wiecie – szacuje, że na jego plażach znajduje się rocznie glony, będące równoważnikiem 2,8 miliona litrów oleju napędowego rocznie. Zdaniem naukowców można by je zebrać i przetworzyć na paliwo, a w ich miejsce zasadzić nowe gatunki, służące i nam, i morzu.

Nowe gatunki mogłoby być jadalne. Glony zawierają mnóstwo witamin, aminokwasów i minerałów. Glony nie tylko zaspokoiłyby zapotrzebowanie na energię, którą obecnie pozyskujemy z brudnych źródeł, ale też stałyby się nowym źródłem pożywienia. Dodatkowo zebranie padłych roślin przełożyłoby się na oczyszczanie morskich wód. Gnijące resztki powodują, że woda jest zbyt żyzna i zarasta. Nowe gatunki można by dobrać tak, aby nie tylko nie użyźniały jej, ale też oczyściły z azotu.

Oceny pokrywają 40% powierzchni ziemi. Ukryta pod wodą znajduje się ogromna powierzchnia, którą możemy wykorzystać na podwodne farmy. Obecnie wykorzystujemy może 1% tego obszaru i służy on nam do łowienia ryb, powodującego degenerację morskich ekosystemów. Akwakultura ciągle jeszcze raczkuje. Ale powoli się rozwija – w Stanach Zjednoczonych, w ramach projektu Seafarm, powstają pierwsze podwodne fermy. Wodorosty rosną na linach i po sześciu miesiącach są zbierane i przertwarzane. Choć sceptycy twierdzą, że duże obszary upraw pod wodą mogą wpłynąć na ruchy oceanów i środowisko morskie, naukowcy biorący udział w projekcie są pewni sukcesu. Wierzą, że za piętnaście lat uprawa glonów rozpowszechni się i powstanie nowa gałąź przemysłu – podwodne rolnictwo.

Ciekawe. Będę obserwować postępy, być może warto kupić działkę pod wodą?